Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnie świata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnie świata. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2018

6 najciekawszych faktów i potraw kuchni brytyjskiej

6 najciekawszych faktów i potraw kuchni brytyjskiej

 Zapraszam Was na kolejny post z cyklu "kuchnie świata" :) No więc nadszedł w końcu czas by zmierzyć się z bardzo unikanym przeze mnie jak dotąd tematem.. Mieszkam w Wielkiej Brytanii już ponad 2 lata, a wciąż ciężko zebrać mi w całość konkretną opinię o tutejszym jedzeniu. Postanowiłam więc podzielić się z Wami najciekawszymi moim zdaniem (tak,jest to opinia zupełnie subiektywna) faktami i potrawami jakie można tu dostać. Myślę, że o większości już gdzieś słyszeliście, mimo to jestem pewna, że tym wpisem przybliżę Wam wciąż zaskakujący (nawet dla mnie!) obraz tutejszej kuchni.



1. Wszechobecne połączenie ziemniaków z octem

No więc zacznę od rzeczy, która do tej pory mnie zaskakuje. Ziemniaki i ocet? Jestem oczywiście świadoma, że co kraj to obyczaj i z pewnością gdzieś po drugiej stronie globu istnieją bardziej zaskakujące połączenia, ale na widok postawionej na każdym stoliku w barach i pubach butelki octu ,nie potrafię wyjść z podziwu że komuś może to smakować :) Przyznaję, próbowałam raz dodać nieco octu do moich frytek, ale efekt niestety nie był piorunujący. Najczęściej jednak ta kombinacja występuje jako smak chipsów. I co najlepsze są one najczęściej wybieraną opcją przez Anglików! Tutejszy "vinegar" w smaku różni się nieco od polskiego, ma bardziej kwaskowaty smak i ciemniejszy kolor, jednak mimo tych różnic wciąż nie przekonuje mnie jako dodatek do moich ziemniaków :)





2. English breakfast, czyli typowe angielskie śniadanie

Czy jest na świecie ktoś kto nie słyszał chociaż raz tej nazwy? Angielskie śniadanie jest jednym z najpopularniejszych na świecie, dostaniesz je niemalże wszędzie. Nawet jeśli wyjeżdżasz w najdalsze części globu, właściciele hoteli świadomi jego popularyzacji będą serwować "english breakfast" każdego ranka :) Tak jest wszędzie, a szczególnie w Wielkiej Brytanii. Zarówno w Anglii jak i Walii, Irlandii czy Szkocji ta kombinacja smaków, jeśli chodzi o poranny posiłek, nie ma sobie równych. Plusem jest na pewno oryginalny smak, minusem kaloryczność potrawy. Jedno danie składa się zazwyczaj z 6 czasami 7 elementów, a niemal każde z nich zawiera nadzwyczajną ilość tłuszczu. Smażone jajka, bekon, fasolka w sosie pomidorowym, grillowane lub pieczone pomidory, smażone pieczarki, i wieprzowe kiełbaski. Uff, trochę tego jest. Zazwyczaj w zestawie otrzymamy jeszcze tosty posmarowane masłem i tzw. hush browns czyli smażone na głębokim tłuszczu ziemniaczane krokiety! Osobiście wolę jednak nieco lżejsze rozpoczęcie dnia, będąc tu już dłuższy czas zjadłam ten przysmak jedynie 2 razy :) Myślę, że ta liczba definiuje moją sympatię do tego dania. Na dole nieco uboższa wersja :)




3. Herbata z mlekiem

Te zaskakujące połączenie też z pewnością już dobrze znacie. Większość z Was zapewne słyszała o piciu przez Anglików herbaty z mlekiem o godzinie piątej po południu każdego dnia. Jak się to ma w stosunku do rzeczywistości? No niestety średnio :) Ja się z czymś takim jak dotąd nie spotkałam, myślę że czasy, kiedy było to popularne, już dawno minęły. Nikt nie robi sobie specjalnych przerw podczas pracy akurat o tej godzinie, a nawet picie herbaty samej w sobie nie jest tu już aż tak często spotykane. Jak natomiast smakuje tak zaskakujące połączenie mleka z herbatą? Piłam kilka razy i miło wspominam ten smak, bardzo podobny do kawy tylko nieco łagodniejszy. Osobiście lubię od czasu do czasu wypić taką mieszankę, która wciąż jest podawana w tradycyjnych brytyjskich lokalach.





4. Wszechobecne lokale z jedzeniem na wynos i kupowanie tzw. gotowców

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak łatwo dostępne jest tutaj jedzenie fast foodów. Na każdym kroku istnieje jakiś bar szybkiej obsługi. Ulica na której mieszkam zawiera około 10ciu takich lokali a ma jedynie jakieś 300 metrów! No cóż, trzeba przyznać, że tyczy się to również produktów gotowych do spożycia. Sposób przygotowania obiadu wg Brytyjczyków polega zazwyczaj na zdjęciu opakowania i umieszczeniu gotowca w mikrofali lub piekarniku. Powstały tu już nawet specjalnie sklepy, które wypełnione są jedynie mrożonkami lub produktami nadającymi się od razu do skonsumowania. Nie uważam, żeby było to złe, bo jeśli ktoś lubi takie proste rozwiązania to dlaczego nie? Nie mniej jednak takie jedzenie wpływa bardzo źle na żołądek, łatwo się od niego uzależnić, a o bardzo niezdrowym składzie takich dań nie muszę już chyba nawet wspominać :)









5. Fish&chips, czyli najpopularniejsze brytyjskie danie

Ryba z frytkami. Nie jest to zbyt wymyślne danie, ale jego sekret tkwi w prostocie i dodatkach. Tu akurat rolę dopełnienia dania pełni zielony groszek (zazwyczaj w postaci puree) i sos tatarski. Muszę przyznać, że osobiście nie ma dla mnie nic lepszego w angielskiej kuchni niż właśnie ten zestaw. Uwielbiam i zajadam się nim raz na kilka tygodni. Bardzo lubię ryby, a tutaj ze względu na popularność tego dania przykłada się do niego dużo starań, jest zawsze świeże i dobrze przygotowane. Polecam każdemu kto wybiera się na Wyspy Brytyjskie, naprawdę warto choć raz spróbować tego połączenia bo moim zdaniem odzwierciedla kuchnię wysp. 






6. Posiłki przygotowywane w mikrofalówce

Ostatnim faktem jakim chciałabym się z Wami podzielić jest coś co zaskoczyło mnie w tutejszej kuchni najbardziej. Nie ocet i nie herbata z mlekiem, ale właśnie zamiłowanie do przygotowywania sobie niemalże wszystkiego za pomocą mikrofalówki. Pomyślicie pewnie "O co Ci chodzi, przecież właśnie do tego to urządzenie służy". Nie do końca, bo mikrofali używamy do podgrzewania już ugotowanych potraw. Tutaj niesamowitą popularnością cieszy się przygotowywanie w niej między innymi surowych ziemniaków, jajek, łososia i warzyw. Niejednokrotnie byłam świadkiem wbijania surowego jajka do miski z gorącą wodą i wkładania na minutę do mikofalówki. Dla nas jest to nie do pomyślenia, dla nich to codzienność. Idealnie jako podsumowanie pasuje tu powiedzenie CO KRAJ TO OBYCZAJ :)




środa, 17 stycznia 2018

Noodle z wołowiną w sosie teriyaki

Noodle z wołowiną w sosie teriyaki


Wracam! Muszę przyznać, że to był dość intensywny czas :) Skupiłam się na nieco innych rzeczach, uporządkowałam sobie wszystko i teraz z duużą porcją nowych przepisów (wbrew pozorom nie próżnowałam) wracam na bloga. Zainspirowana kuchnią azjatycką witam 2018 makaronem noodle w sosie teriyaki. Do tego soczysta wołowina, świeży ogórek, dymka, duuużo sezamu i sok z limonki. Co myślicie o takim połączeniu? Ja bardzo lubię przez cały dzień inspirować się wszystkim co zobaczę ,a wieczorem biec do sklepu z wymyślonym już w głowie autorskim przepisem :) Po wsunięciu przez mojego chłopaka trzech porcji takiego makaronu nie miałam wątpliwości, że muszę się z Wami nim podzielić :) a więc zapraszam


SKŁADNIKI:

(4-5 porcji)

- noodle japońskie 2 opakowania
- 400 gram medalionów wołowych
- świeży zielony ogórek
- sezam biały i czarny
- sos teriyaki ( dostępny w większości supermarketów)
- czosnek 
- limonka
- cebula dymka
- sól pieprz
- łyżka oleju kokosowego


WYKONANIE

Zaczynam od ugotowania makaronu wg przepisu na opakowaniu (wrzucam na wrzątek, po 4 minutach zdejmuje z ognia i płuczę zimną wodą). Mięso przekładam do miski. Dodaję wyciśnięty przez praskę ząbek czosnku i 2 łyżeczki sosu teriyaki oraz sól,mieszam. Tak zamarynowane mięso wstawiam do lodówki na minimum godzinę. Na patelni rozpuszczam olej, smażę kotlety na mocnym ogniu by delikatnie się zarumieniły. Rozgrzewam piekarnik i wkładam mięso do naczynia żaroodpornego wraz z sosem powstałym na patelni. Naczynie przykrywam folią aluminiową i wstawiam do piekarnika na pół godziny z temperaturą 140 stopni. 
Cebulkę kroję na drobiniutkie plasterki, ogórka obieram i za pomocą obieraczki tworzę długie podłużne pasy. 
Wracam do makaronu który wykładam w całości na patelnie (możemy użyć tej samej na której smażyliśmy mięso) dodaję łyżeczkę sosu, garść dymki i garść sezamu. Podsmażam przez około 3minuty. Zdejmuję z ognia i układam noodle na talerzu. Na wierzch dodaję ogórka a na nim kilka kawałków upieczonego i pokrojonego mięsa. Wołowinę polewam odrobiną sosu i posypuję szczypiorkiem,sezamem i pieprzem. Podaję ze świeżą limonką.







piątek, 17 listopada 2017

Fit bolognese z czarnym makaronem

Fit bolognese z czarnym makaronem

Cześć Kochani, dawno nie było tutaj propozycji z moim ukochanym makaronem więc o to jedna z nich. Tym razem bolognese,moja błyskawiczna fit wersja, do tego nietypowy makaron, którego głównym składnikiem jest czarny ryż. Wiem, że istnieje wiele sposobów na ten pyszny włoski sos, jednak ja uwielbiam właśnie tą moją zdrowszą wersję, z indykiem, pomidorami, czosnkiem i duużą ilością ziół. Jeśli chodzi o makaron to kupiłam go w jednym z supermarketów na stoisku z produktami organicznymi, myślę że będzie również łatwo dostępny w sklepach ze zdrową żywnością. Koniecznie choć raz musicie spróbować tak nietypowego smaku :) Zachęcam do otwierania się na nowe produkty, jeśli coś nie jest popularne nie znaczy, że nie jest smaczne:) Tak więc do dzieła, koniec ze słoikami gotowego sosu, sprawdźcie jakie to proste( i pyszne!) przyrządzić ten włoski sos samemu.


SKŁADNIKI

(3-4 porcje)


- 500 gram mięsa mielonego z indyka
- pół opakowania organicznego makaronu z czarnego ryżu
- puszka pomidorów krojonych
- 1 mała cebula
- 2 ząbki czosnku
- zioła: oregano, bazylia, tymianek, zioła prowansalskie
- sól pieprz
-  2 łyżki oleju kokosowego


WYKONANIE


Makaron wrzucam do wrzącej wody i gotuję około 1 minutę krócej niż czas podany na opakowaniu (wtedy pozostaje lekko al dente). 
Na patelni rozgrzewam olej, dodaję pokrojone w drobną kostkę czosnek i cebulę. Smażę do momentu przyrumienienia po czym dodaję mięso. Przyprawiam je jedynie solą i pieprzem, a gdy indyk będzie już podsmażony wlewam całą puszkę dobrej jakości pomidorów krojonych i przyprawiam ziołami. Zmniejszam ogień do połowy i w takiej formie pozostawiam sos na około 15 minut do momentu zredukowania( ma być mocno gęsty z niewielką ilością płynu). Na koniec znów przyprawiam solą i pieprzem. Na talerzu umieszczam garść makaronu a na nim sos. Posypuję obficie bazylią, dekoruję pomidorkami koktajlowymi. Jeśli nie wyobrażacie sobie spaghetti bez sera możecie zetrzeć do całości mozzarellę. 









czwartek, 12 października 2017

Pikantny kurczak curry w mleku kokosowym

Pikantny kurczak curry w mleku kokosowym

Dziś zapraszam Was w nieco azjatyckie klimaty, które z pewnością przypadną do gusty tym, którzy lubują się w kuchni dalekiego wschodu :)
Kurczaka curry można przygotować na dwa sposoby: ze śmietaną lub mlekiem kokosowym. Ja zdecydowałam się na drugą opcję, bo jest oczywiście zdrowsza, a smak bardziej orientalny.
Dodatek do kurczaka stanowi ryż, który podałam w dość niecodzienny sposób co pewnie zauważyliście już na zdjęciu, kolor jest intensywnie żółty, a przyczyniła się do tego.. kurkuma :)
Sprawdźcie jak wygląda cały przepis na to niecodzienne danie i zaskoczcie rodzinę nowym i pysznym sposobem na kurczaka :)



SKŁADNIKI:

- 2 filety z piersi kurczaka
- 1 czerwona papryka
- 1 chilli
- puszka mleka kokosowego
- ryż długoziarnisty
- kurkuma
- 1 duży lub dwa małe ząbki czosnku
- curry
- sezam
- sól/pieprz
- łyżka oleju kokosowego


WYKONANIE:


Zaczynam od zamarynowania kurczaka. Mięso płuczę i kroję w większą kostkę, następnie przekładam do miski. Dodaję dwie łyżki przyprawy curry, sól i pieprz. Wstawiam do lodówki na minimum pół godziny. W tym czasie kroję resztę składników czyli paprykę czerwona, chilli i czosnek. Na dużej patelni roztapiam olej, dodaję kolejno, czosnek i papryki. Gdy będą już delikatnie podsmażone dorzucam zamarynowane mięso. Składniki smażę do momentu zarumienienia, doprawiam łyżką curry i niewielką ilością kurkumy. Na sam koniec wlewam pół puszki mleka kokosowego, zmniejszam ogień i całość duszę pod przykrywką przez około 20 minut. 
W tym czasie mogę ugotować ryż. Około 3 szklanki wody wlewam do garnka i czekam, aż zacznie się gotować. Dodaję sól i czubatą łyżkę kurkumy. Wrzucam ryż i gotuję przez około 15-20minut. 
Po tym czasie odlewam wodę, a ryż wkładam łyżką do szklanki i przekładam na talerz by powstała "babka". Kurczaka wykładam na talerz i dekoruję sezamem.







czwartek, 5 października 2017

Jak wygląda restauracja na Jamajce?

Jak wygląda restauracja na Jamajce?


Po długim i intensywnym urlopie wypoczęta i z naładowanymi bateriami mogę wrócić do blogowania. Nie było mnie sporo, bo aż miesiąc, więc przygotowałam coś wyjątkowego. Dziś opowiem Wam nieco o mojej ostatniej podróży od strony kulinarnej. Tydzień temu wróciłam z Jamajki i miałam okazję poznać tamtejsze smaki z tzw. 'pierwszej ręki'. Odwiedziłam dwie skrajnie różne od siebie restauracje: uchodzącą za najlepszą w mieście, wystawną i drogą z regionalnymi daniami, oraz przydrożnego "take away'a"z jedzeniem na wynos. Co urzekło mnie w obu tych miejscach ?  Właśnie o tym możecie przeczytać poniżej. Zapraszam :)


 Restauracja "The Pelican" w Montego Bay


Zaczniemy od restauracji, która została nam polecana przez jednego z taksówkarzy jako najlepsza w całym mieście. Zaciekawieni możliwością wypróbowania typowych jamajskich potraw w tego typu lokalu postanowiliśmy wybrać się tam na obiad. Nie miałam żadnej konkretnej wizji jak może wyglądać wystawna  restauracja w tak odległym miejscu i na tak egotycznej wyspie. Czy pojęcie 'elegancka' oznacza tu dokładnie to samo co u nas?



Okazało się, że niepotrzebnie martwiłam się o to czy będziemy się czuć komfortowo. Miejsce było bardzo przytulne, wnętrze wystylizowane na knajpy wyjęte wprost z dawnych amerykańskich filmów. Urzekło mnie. Kolejni goście wchodzący do restauracji wyglądali na wyższe sfery, starsze kobiety w eleganckich kompletach i kapeluszach, lub liczne rodziny przychodzące na obiad utwierdziły mnie w przekonaniu, że to rzeczywiście najlepsza restauracja w tym mieście.
Obsługujący nas kelner był niesamowicie uprzejmy i pomocny, nawet przyniósł nam wielkie szklanki zimnej wody nim zdążyliśmy je zamówić :)) (cóż innego można pić przy tak tropikalnym klimacie?). 


1.Jako starter zamówiliśmy zupę dnia, którą okazała się być tzw. red peas soup.
Najpopularniejsza jamajska zupa z wyglądu przypominała nieco naszą polską grochówkę i w smaku również wypadła podobnie. Zamiast grochu była czarna fasola, a kości wieprzowe zastąpiło wołowe żeberko. Podana ze świeżą bułką i masłem(!) bardzo przypadła nam do gustu. Syta i smaczna,czego chcieć więcej:)



2. Ackee and saltfish

Kolejnym posiłkiem, który zamówiliśmy było danie w całości składające się z ryby.No prawie, przecież po nazwie można łatwo się domyślić, że było tam również Ackee, czyli najpopularniejszy tutaj tropikalny owoc.  Tak dokładnie! smażona ryba i słodki owoc z patelni. Podane na tutejszych pierogach smażonych na głębokim tłuszczu. Absolutnie zaskakujące połaczenie. Z tego co dowiedziałam się później jest to tutaj bardzo popularne śniadanie, więc na porę obiadową raczej średnio:) Podsumowując: Zjadłam, nie wiem czy zamówiłabym ponownie:)



3. Jerk chicken

Nareszcie przechodzimy do klasyku nad klasykami. Tutaj dostaniesz go wszędzie. Jerk chicken czyli kurczak w wyjątkowo aromatycznej marynacie przyrządzany na prawdziwym grillu to na Jamajce chleb powszedni. Wszyscy tu traktują go niemal jak dobro narodowe, więc nie byłabym sobą gdybym nie chciała na własnej skórze przekonać się jak rzeczywiście smakuje. Podany został z ryżem i duszonym callaloo, czyli tutejszym warzywem, w smaku bardzo przypominającym szpinak.
Jeśli chodzi o moje odczucia na temat smaku.. no coż, po prostu smaczny dobrze przyrządzony kawałek kurczaka. Na pewno duży plus za marynatę, która nadała mięsu inny, wyrazisty i pikantny smak. Takie 8/10 :)



Podsumowując naszą wizytę w restauracji, całość bardzo na plus. Może nie była to uczta dla podniebienia, ale dania były smaczne, świeże i dobrze przyrządzone. Byliśmy głodni, wyszliśmy najedzeni i zadowoleni. Warto poznawać tego typu miejsca i cieszę się, że na jamajskie przysmaki trafiliśmy właśnie do tej knajpy.






Przydrożny takeaway w Ocho Rio


Parę dni później trafiliśmy tutaj. Zupełnie przypadkiem wracając z jednej z całodniowych wycieczek nasz kierowca zabrał nas do tego hmm.. lokalu?. Dookoła nie było nic, jedynie jakaś mała stacja benzynowa, za to parking pękał w szwach. Gdy zobaczyłam sposób  przyjmowania zamówień na chwilę odebrało mi mowę. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, więc nie potrafię tego porównać do czegokolwiek. Jedyne menu jakie znaleźliśmy to przypięta do drzewa kartka z kilkoma zaledwie pozycjami. Towarzyszący nam jamajczyk polecił kurczaka w marynacie jerk( cóż za zaskoczenie:)) oraz festival. Co to u licha jest ten festival myślałam, składając zamówienie w okienku wyglądającym jak stanowisko na poczcie. (widzieliście kiedyś drewnianą pocztę?) No więc czekamy. W oczy rzuca mi się sposób przygotowania posiłku który za chwilę dostane. Wszystko możemy obserwować stojąc przy samej "kuchni". Ogromny grill, własnoręcznie zrobiony, co widać od razu, a na nim kilkadziesiąt kurczaków,całość przykryta blachą. 'Gdzie my kurde trafiliśmy' myślę, ale jestem tak głodna ze jest mi już wszystko jedno.  Jedynymi białymi osobami oczekującymi na jedzenie w tym miejscu jesteśmy my, jakichkolwiek turystów brak ,ale udaje że w ogóle mi to  nie przeszkadza. Na szczęście czas oczekiwania na nasze danie jest wyjątkowo krótki. Zabieramy dwa opakowania gorącej folii aluminiowej i siadamy na ławkach w altanie obok. 



Teraz gdy patrzę na to zdjęcie, wiem że to co się na nim znajduje delikatnie mówiąc nie wygląda zbyt apetycznie. Uwierzcie mi: to był najsmaczniejszy kurczak jaki kiedykolwiek jadłam. Jedzenie palcami gorących i pikatnych kawałków grillowanego kurczaka z folii w jakieś totalnie abstrakcyjnej knajpie to był jeden z najlepszych momentów całego wyjazdu. Do mięsa dostaliśmy widoczne na zdjęciu pieczywo, co w smaku przypominało bułki, ale z czasem dowiedziałam się, że sposób wykonania jest zupełnie inny. Ciasto jak na pierogi z dodatkiem masła smaży się w głebokim oleju.Tak właśnie powstaje festival. Kolejna abstrakcja, ale jakże pyszna! Całość zniknęła w jakieś 2 minuty. To była jedna z najlepszych rzeczy jakie jadłam kiedykolwiek, a miejsce i klimat tylko to przypieczętował.










Podsumowując, jedzenie w obu miejscach było rewelacyjne, jednak zdecydowanie lepszej kuchni doświadczyłam w drugiej restauracji. Nie sądziłam, że poznawanie nowych miejsc i smaków może dawać tyle radości i tworzyć tak piękne wspomnienia :) każdy wyjazd powoduje, że wciąż pragnę wiecej i więcej :)

 Jeśli kiedykolwiek będziecie na Jamajce spróbujcie koniecznie potraw o których napisałam, ale nie zapominajcie o lokalnym obowiązkowym trunku, czyli o rumie. No i ananasy, koniecznie spróbujcie świeżych owoców ananasa! Są przepyszne i zajadałam się nimi przez cały wyjazd. To tyle ode mnie, trzymajcie się, do następnego :)

sobota, 2 września 2017

Mój pierwszy ramen! Kilka słów o kuchni japońskiej

Mój pierwszy ramen! Kilka słów o kuchni japońskiej
Ramen ramen ramen! Widziałam go ostatnio niemalże wszędzie. Zdjęcia tej zupy zalały internet, a w szczególności instagram. Nie miałam pojęcia nawet co to do końca jest i czy takie danie naprawdę warte jest aż takiego zachodu? Czy może po prostu pokazywane jest bo to modne, a smak wcale nie powala? Nie byłabym sobą, gdybym nie zdecydowała się na własnej skórze( a raczej żołądku:)) przetestować jak jest. Uwielbiam poznawać nowe smaki, jestem otwarta i z ciekawością próbuje wszystkiego co dotąd było mi nieznane. No więc dzisiaj pragnę się z Wami podzielić moim nowym doświadczeniem gastronomicznym, jakim jest pierwsza micha( taak micha bo rozmiarem przypomina to małe wiaderko) zupy ramen.

Zacznijmy jednak od początku. Czym w ogóle jest danie o którym mowa w tym poście?
Ramen to japoński rosół, gotowany najczęściej na wywarze wieprzowym z makaronem noodle i innymi dodatkami zależnymi od rodzaju receptury. Na moje oko to mocno ulepszona wersja chińskich zupek. Jemy ją za pomocą pałeczek i wielkiej zazwyczaj drewnianej chochli, która umożliwia wypijanie z miski rosołu. Już sam sposób spożywania tej potrawy wydaje się być zabawny  i ciekawy. Potem jest już tylko lepiej..:)

Wczoraj odwiedziliśmy restaurację WAGAMAMA w Manchesterze. Oprócz dania głównego zamówiliśmy również przystawki i świeżo wyciskane soki, jednak teraz wiem, że sam ramen jest tak syty, że jakiekolwiek startery są zwyczajnie zbędne :) Poniżej przedstawiam Wam dania jakie miałam okazję wypróbować.


1. Krewetki w tempurze z chilli i limonką



Tak wiem, ciągle tylko te krewetki. Ale co zrobisz jak lubię? :) 
Były pyszne, bardzo pikantne i chrupiące. Sos również był ostry, mimo to okazały się być strzałem w dziesiątkę. Ostre potrawy to zdecydowanie moje smaki.



2.  Baozi z japońską wołowiną w sosie barbecue. 



O rany! Co to było za danie:) Jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się odkryć tak obłędny smak. Nigdy wcześniej nie miałam okazji spróbować tych rewelacyjnych bułeczek gotowanych na parze, bardzo popularnych w krajach Azji. Te były nadziewane szarpaną wołowiną w sosie barbecue, japońskim majonezem i kolendrą. Droga przyjemność, ale smak wyjątkowy. 11/10 :)



3. Shirodashi ramen




W końcu przyszła pora na ramen. Zaskoczył mnie rozmiarem i ilością składników. Smak? Rewelacja. Ledwo wyszliśmy a ja już tęskniłam za tym aromatycznym rosołem.. i tęsknie do tej pory:) Nie mogę się doczekać kolejnego razu. Rodzajów tej zupy jest dość sporo, ja akurat zdecydowałam się na dodatki w postaci pieczonego boczku, jajka, pędów bambusa i cebulki dymki. Ja, osoba średnio przepadająca za rosołem znalazłam sobie nareszcie godnego zastępcę :)


4. Short rib ramen





Ramen wołowy mojego chłopaka był równie wyjątkowy. Naprawdę cieszę się, że tak dzielnie uczestniczy On ze mną w tych gastronomicznych eksperymentach, w końcu kto wie co następnym razem przyjdzie mi do głowy :))
Przechodząc jednak do dania muszę przyznać, że różnił się on od mojego nieco innymi dodatkami. Główną rolę grała tu ogromna kość wołowa, od której mięso odchodziło z niesamowitą łatwością. Było idealnie upieczone i świetnie komponowało się z rosołem. Do tego doszła pokaźna ilość kiełków, marchewki i słodkiego ziemniaka. Co tu dużo mówić, pycha!


Jeśli miałabym porównywać kuchnię japońską z chińską to zdecydowanie wybieram tą pierwszą. Wydaję się być ona o wiele delikatniejsza, nie tak tłusta, a przez to o wiele bezpieczniejsza dla żołądka. Poza tym sushi, moja kolejna miłość również wywodzi się z Japonii i mimo, że lubię czasami zjeść sajgonki, lub chow main to od dziś moje serce należy do zupy ramen :) 

Muszę przyznać, że odkrywanie nowych smaków w taki sposób, sprawia mi mnóstwo frajdy i cieszę się, że tak licznie śledzicie posty dotyczące moich gastronomicznych przygód. Postaram się, żeby było ich tu znacznie więcej. Dziękuję i do następnego :)









Kokosowe ciasto ze świeżym ananasem

C iasto kokosowe, które w środku skrywa duże i soczyste kawałki świeżego ananasa. Może luty nie jest najlepszym okresem na dodawanie tak...

Copyright © 2016 Natalia Kwaśniewska , Blogger