Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gastroturystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gastroturystyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2018

6 najciekawszych faktów i potraw kuchni brytyjskiej

6 najciekawszych faktów i potraw kuchni brytyjskiej

 Zapraszam Was na kolejny post z cyklu "kuchnie świata" :) No więc nadszedł w końcu czas by zmierzyć się z bardzo unikanym przeze mnie jak dotąd tematem.. Mieszkam w Wielkiej Brytanii już ponad 2 lata, a wciąż ciężko zebrać mi w całość konkretną opinię o tutejszym jedzeniu. Postanowiłam więc podzielić się z Wami najciekawszymi moim zdaniem (tak,jest to opinia zupełnie subiektywna) faktami i potrawami jakie można tu dostać. Myślę, że o większości już gdzieś słyszeliście, mimo to jestem pewna, że tym wpisem przybliżę Wam wciąż zaskakujący (nawet dla mnie!) obraz tutejszej kuchni.



1. Wszechobecne połączenie ziemniaków z octem

No więc zacznę od rzeczy, która do tej pory mnie zaskakuje. Ziemniaki i ocet? Jestem oczywiście świadoma, że co kraj to obyczaj i z pewnością gdzieś po drugiej stronie globu istnieją bardziej zaskakujące połączenia, ale na widok postawionej na każdym stoliku w barach i pubach butelki octu ,nie potrafię wyjść z podziwu że komuś może to smakować :) Przyznaję, próbowałam raz dodać nieco octu do moich frytek, ale efekt niestety nie był piorunujący. Najczęściej jednak ta kombinacja występuje jako smak chipsów. I co najlepsze są one najczęściej wybieraną opcją przez Anglików! Tutejszy "vinegar" w smaku różni się nieco od polskiego, ma bardziej kwaskowaty smak i ciemniejszy kolor, jednak mimo tych różnic wciąż nie przekonuje mnie jako dodatek do moich ziemniaków :)





2. English breakfast, czyli typowe angielskie śniadanie

Czy jest na świecie ktoś kto nie słyszał chociaż raz tej nazwy? Angielskie śniadanie jest jednym z najpopularniejszych na świecie, dostaniesz je niemalże wszędzie. Nawet jeśli wyjeżdżasz w najdalsze części globu, właściciele hoteli świadomi jego popularyzacji będą serwować "english breakfast" każdego ranka :) Tak jest wszędzie, a szczególnie w Wielkiej Brytanii. Zarówno w Anglii jak i Walii, Irlandii czy Szkocji ta kombinacja smaków, jeśli chodzi o poranny posiłek, nie ma sobie równych. Plusem jest na pewno oryginalny smak, minusem kaloryczność potrawy. Jedno danie składa się zazwyczaj z 6 czasami 7 elementów, a niemal każde z nich zawiera nadzwyczajną ilość tłuszczu. Smażone jajka, bekon, fasolka w sosie pomidorowym, grillowane lub pieczone pomidory, smażone pieczarki, i wieprzowe kiełbaski. Uff, trochę tego jest. Zazwyczaj w zestawie otrzymamy jeszcze tosty posmarowane masłem i tzw. hush browns czyli smażone na głębokim tłuszczu ziemniaczane krokiety! Osobiście wolę jednak nieco lżejsze rozpoczęcie dnia, będąc tu już dłuższy czas zjadłam ten przysmak jedynie 2 razy :) Myślę, że ta liczba definiuje moją sympatię do tego dania. Na dole nieco uboższa wersja :)




3. Herbata z mlekiem

Te zaskakujące połączenie też z pewnością już dobrze znacie. Większość z Was zapewne słyszała o piciu przez Anglików herbaty z mlekiem o godzinie piątej po południu każdego dnia. Jak się to ma w stosunku do rzeczywistości? No niestety średnio :) Ja się z czymś takim jak dotąd nie spotkałam, myślę że czasy, kiedy było to popularne, już dawno minęły. Nikt nie robi sobie specjalnych przerw podczas pracy akurat o tej godzinie, a nawet picie herbaty samej w sobie nie jest tu już aż tak często spotykane. Jak natomiast smakuje tak zaskakujące połączenie mleka z herbatą? Piłam kilka razy i miło wspominam ten smak, bardzo podobny do kawy tylko nieco łagodniejszy. Osobiście lubię od czasu do czasu wypić taką mieszankę, która wciąż jest podawana w tradycyjnych brytyjskich lokalach.





4. Wszechobecne lokale z jedzeniem na wynos i kupowanie tzw. gotowców

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak łatwo dostępne jest tutaj jedzenie fast foodów. Na każdym kroku istnieje jakiś bar szybkiej obsługi. Ulica na której mieszkam zawiera około 10ciu takich lokali a ma jedynie jakieś 300 metrów! No cóż, trzeba przyznać, że tyczy się to również produktów gotowych do spożycia. Sposób przygotowania obiadu wg Brytyjczyków polega zazwyczaj na zdjęciu opakowania i umieszczeniu gotowca w mikrofali lub piekarniku. Powstały tu już nawet specjalnie sklepy, które wypełnione są jedynie mrożonkami lub produktami nadającymi się od razu do skonsumowania. Nie uważam, żeby było to złe, bo jeśli ktoś lubi takie proste rozwiązania to dlaczego nie? Nie mniej jednak takie jedzenie wpływa bardzo źle na żołądek, łatwo się od niego uzależnić, a o bardzo niezdrowym składzie takich dań nie muszę już chyba nawet wspominać :)









5. Fish&chips, czyli najpopularniejsze brytyjskie danie

Ryba z frytkami. Nie jest to zbyt wymyślne danie, ale jego sekret tkwi w prostocie i dodatkach. Tu akurat rolę dopełnienia dania pełni zielony groszek (zazwyczaj w postaci puree) i sos tatarski. Muszę przyznać, że osobiście nie ma dla mnie nic lepszego w angielskiej kuchni niż właśnie ten zestaw. Uwielbiam i zajadam się nim raz na kilka tygodni. Bardzo lubię ryby, a tutaj ze względu na popularność tego dania przykłada się do niego dużo starań, jest zawsze świeże i dobrze przygotowane. Polecam każdemu kto wybiera się na Wyspy Brytyjskie, naprawdę warto choć raz spróbować tego połączenia bo moim zdaniem odzwierciedla kuchnię wysp. 






6. Posiłki przygotowywane w mikrofalówce

Ostatnim faktem jakim chciałabym się z Wami podzielić jest coś co zaskoczyło mnie w tutejszej kuchni najbardziej. Nie ocet i nie herbata z mlekiem, ale właśnie zamiłowanie do przygotowywania sobie niemalże wszystkiego za pomocą mikrofalówki. Pomyślicie pewnie "O co Ci chodzi, przecież właśnie do tego to urządzenie służy". Nie do końca, bo mikrofali używamy do podgrzewania już ugotowanych potraw. Tutaj niesamowitą popularnością cieszy się przygotowywanie w niej między innymi surowych ziemniaków, jajek, łososia i warzyw. Niejednokrotnie byłam świadkiem wbijania surowego jajka do miski z gorącą wodą i wkładania na minutę do mikofalówki. Dla nas jest to nie do pomyślenia, dla nich to codzienność. Idealnie jako podsumowanie pasuje tu powiedzenie CO KRAJ TO OBYCZAJ :)




czwartek, 5 października 2017

Jak wygląda restauracja na Jamajce?

Jak wygląda restauracja na Jamajce?


Po długim i intensywnym urlopie wypoczęta i z naładowanymi bateriami mogę wrócić do blogowania. Nie było mnie sporo, bo aż miesiąc, więc przygotowałam coś wyjątkowego. Dziś opowiem Wam nieco o mojej ostatniej podróży od strony kulinarnej. Tydzień temu wróciłam z Jamajki i miałam okazję poznać tamtejsze smaki z tzw. 'pierwszej ręki'. Odwiedziłam dwie skrajnie różne od siebie restauracje: uchodzącą za najlepszą w mieście, wystawną i drogą z regionalnymi daniami, oraz przydrożnego "take away'a"z jedzeniem na wynos. Co urzekło mnie w obu tych miejscach ?  Właśnie o tym możecie przeczytać poniżej. Zapraszam :)


 Restauracja "The Pelican" w Montego Bay


Zaczniemy od restauracji, która została nam polecana przez jednego z taksówkarzy jako najlepsza w całym mieście. Zaciekawieni możliwością wypróbowania typowych jamajskich potraw w tego typu lokalu postanowiliśmy wybrać się tam na obiad. Nie miałam żadnej konkretnej wizji jak może wyglądać wystawna  restauracja w tak odległym miejscu i na tak egotycznej wyspie. Czy pojęcie 'elegancka' oznacza tu dokładnie to samo co u nas?



Okazało się, że niepotrzebnie martwiłam się o to czy będziemy się czuć komfortowo. Miejsce było bardzo przytulne, wnętrze wystylizowane na knajpy wyjęte wprost z dawnych amerykańskich filmów. Urzekło mnie. Kolejni goście wchodzący do restauracji wyglądali na wyższe sfery, starsze kobiety w eleganckich kompletach i kapeluszach, lub liczne rodziny przychodzące na obiad utwierdziły mnie w przekonaniu, że to rzeczywiście najlepsza restauracja w tym mieście.
Obsługujący nas kelner był niesamowicie uprzejmy i pomocny, nawet przyniósł nam wielkie szklanki zimnej wody nim zdążyliśmy je zamówić :)) (cóż innego można pić przy tak tropikalnym klimacie?). 


1.Jako starter zamówiliśmy zupę dnia, którą okazała się być tzw. red peas soup.
Najpopularniejsza jamajska zupa z wyglądu przypominała nieco naszą polską grochówkę i w smaku również wypadła podobnie. Zamiast grochu była czarna fasola, a kości wieprzowe zastąpiło wołowe żeberko. Podana ze świeżą bułką i masłem(!) bardzo przypadła nam do gustu. Syta i smaczna,czego chcieć więcej:)



2. Ackee and saltfish

Kolejnym posiłkiem, który zamówiliśmy było danie w całości składające się z ryby.No prawie, przecież po nazwie można łatwo się domyślić, że było tam również Ackee, czyli najpopularniejszy tutaj tropikalny owoc.  Tak dokładnie! smażona ryba i słodki owoc z patelni. Podane na tutejszych pierogach smażonych na głębokim tłuszczu. Absolutnie zaskakujące połaczenie. Z tego co dowiedziałam się później jest to tutaj bardzo popularne śniadanie, więc na porę obiadową raczej średnio:) Podsumowując: Zjadłam, nie wiem czy zamówiłabym ponownie:)



3. Jerk chicken

Nareszcie przechodzimy do klasyku nad klasykami. Tutaj dostaniesz go wszędzie. Jerk chicken czyli kurczak w wyjątkowo aromatycznej marynacie przyrządzany na prawdziwym grillu to na Jamajce chleb powszedni. Wszyscy tu traktują go niemal jak dobro narodowe, więc nie byłabym sobą gdybym nie chciała na własnej skórze przekonać się jak rzeczywiście smakuje. Podany został z ryżem i duszonym callaloo, czyli tutejszym warzywem, w smaku bardzo przypominającym szpinak.
Jeśli chodzi o moje odczucia na temat smaku.. no coż, po prostu smaczny dobrze przyrządzony kawałek kurczaka. Na pewno duży plus za marynatę, która nadała mięsu inny, wyrazisty i pikantny smak. Takie 8/10 :)



Podsumowując naszą wizytę w restauracji, całość bardzo na plus. Może nie była to uczta dla podniebienia, ale dania były smaczne, świeże i dobrze przyrządzone. Byliśmy głodni, wyszliśmy najedzeni i zadowoleni. Warto poznawać tego typu miejsca i cieszę się, że na jamajskie przysmaki trafiliśmy właśnie do tej knajpy.






Przydrożny takeaway w Ocho Rio


Parę dni później trafiliśmy tutaj. Zupełnie przypadkiem wracając z jednej z całodniowych wycieczek nasz kierowca zabrał nas do tego hmm.. lokalu?. Dookoła nie było nic, jedynie jakaś mała stacja benzynowa, za to parking pękał w szwach. Gdy zobaczyłam sposób  przyjmowania zamówień na chwilę odebrało mi mowę. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, więc nie potrafię tego porównać do czegokolwiek. Jedyne menu jakie znaleźliśmy to przypięta do drzewa kartka z kilkoma zaledwie pozycjami. Towarzyszący nam jamajczyk polecił kurczaka w marynacie jerk( cóż za zaskoczenie:)) oraz festival. Co to u licha jest ten festival myślałam, składając zamówienie w okienku wyglądającym jak stanowisko na poczcie. (widzieliście kiedyś drewnianą pocztę?) No więc czekamy. W oczy rzuca mi się sposób przygotowania posiłku który za chwilę dostane. Wszystko możemy obserwować stojąc przy samej "kuchni". Ogromny grill, własnoręcznie zrobiony, co widać od razu, a na nim kilkadziesiąt kurczaków,całość przykryta blachą. 'Gdzie my kurde trafiliśmy' myślę, ale jestem tak głodna ze jest mi już wszystko jedno.  Jedynymi białymi osobami oczekującymi na jedzenie w tym miejscu jesteśmy my, jakichkolwiek turystów brak ,ale udaje że w ogóle mi to  nie przeszkadza. Na szczęście czas oczekiwania na nasze danie jest wyjątkowo krótki. Zabieramy dwa opakowania gorącej folii aluminiowej i siadamy na ławkach w altanie obok. 



Teraz gdy patrzę na to zdjęcie, wiem że to co się na nim znajduje delikatnie mówiąc nie wygląda zbyt apetycznie. Uwierzcie mi: to był najsmaczniejszy kurczak jaki kiedykolwiek jadłam. Jedzenie palcami gorących i pikatnych kawałków grillowanego kurczaka z folii w jakieś totalnie abstrakcyjnej knajpie to był jeden z najlepszych momentów całego wyjazdu. Do mięsa dostaliśmy widoczne na zdjęciu pieczywo, co w smaku przypominało bułki, ale z czasem dowiedziałam się, że sposób wykonania jest zupełnie inny. Ciasto jak na pierogi z dodatkiem masła smaży się w głebokim oleju.Tak właśnie powstaje festival. Kolejna abstrakcja, ale jakże pyszna! Całość zniknęła w jakieś 2 minuty. To była jedna z najlepszych rzeczy jakie jadłam kiedykolwiek, a miejsce i klimat tylko to przypieczętował.










Podsumowując, jedzenie w obu miejscach było rewelacyjne, jednak zdecydowanie lepszej kuchni doświadczyłam w drugiej restauracji. Nie sądziłam, że poznawanie nowych miejsc i smaków może dawać tyle radości i tworzyć tak piękne wspomnienia :) każdy wyjazd powoduje, że wciąż pragnę wiecej i więcej :)

 Jeśli kiedykolwiek będziecie na Jamajce spróbujcie koniecznie potraw o których napisałam, ale nie zapominajcie o lokalnym obowiązkowym trunku, czyli o rumie. No i ananasy, koniecznie spróbujcie świeżych owoców ananasa! Są przepyszne i zajadałam się nimi przez cały wyjazd. To tyle ode mnie, trzymajcie się, do następnego :)

sobota, 2 września 2017

Mój pierwszy ramen! Kilka słów o kuchni japońskiej

Mój pierwszy ramen! Kilka słów o kuchni japońskiej
Ramen ramen ramen! Widziałam go ostatnio niemalże wszędzie. Zdjęcia tej zupy zalały internet, a w szczególności instagram. Nie miałam pojęcia nawet co to do końca jest i czy takie danie naprawdę warte jest aż takiego zachodu? Czy może po prostu pokazywane jest bo to modne, a smak wcale nie powala? Nie byłabym sobą, gdybym nie zdecydowała się na własnej skórze( a raczej żołądku:)) przetestować jak jest. Uwielbiam poznawać nowe smaki, jestem otwarta i z ciekawością próbuje wszystkiego co dotąd było mi nieznane. No więc dzisiaj pragnę się z Wami podzielić moim nowym doświadczeniem gastronomicznym, jakim jest pierwsza micha( taak micha bo rozmiarem przypomina to małe wiaderko) zupy ramen.

Zacznijmy jednak od początku. Czym w ogóle jest danie o którym mowa w tym poście?
Ramen to japoński rosół, gotowany najczęściej na wywarze wieprzowym z makaronem noodle i innymi dodatkami zależnymi od rodzaju receptury. Na moje oko to mocno ulepszona wersja chińskich zupek. Jemy ją za pomocą pałeczek i wielkiej zazwyczaj drewnianej chochli, która umożliwia wypijanie z miski rosołu. Już sam sposób spożywania tej potrawy wydaje się być zabawny  i ciekawy. Potem jest już tylko lepiej..:)

Wczoraj odwiedziliśmy restaurację WAGAMAMA w Manchesterze. Oprócz dania głównego zamówiliśmy również przystawki i świeżo wyciskane soki, jednak teraz wiem, że sam ramen jest tak syty, że jakiekolwiek startery są zwyczajnie zbędne :) Poniżej przedstawiam Wam dania jakie miałam okazję wypróbować.


1. Krewetki w tempurze z chilli i limonką



Tak wiem, ciągle tylko te krewetki. Ale co zrobisz jak lubię? :) 
Były pyszne, bardzo pikantne i chrupiące. Sos również był ostry, mimo to okazały się być strzałem w dziesiątkę. Ostre potrawy to zdecydowanie moje smaki.



2.  Baozi z japońską wołowiną w sosie barbecue. 



O rany! Co to było za danie:) Jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się odkryć tak obłędny smak. Nigdy wcześniej nie miałam okazji spróbować tych rewelacyjnych bułeczek gotowanych na parze, bardzo popularnych w krajach Azji. Te były nadziewane szarpaną wołowiną w sosie barbecue, japońskim majonezem i kolendrą. Droga przyjemność, ale smak wyjątkowy. 11/10 :)



3. Shirodashi ramen




W końcu przyszła pora na ramen. Zaskoczył mnie rozmiarem i ilością składników. Smak? Rewelacja. Ledwo wyszliśmy a ja już tęskniłam za tym aromatycznym rosołem.. i tęsknie do tej pory:) Nie mogę się doczekać kolejnego razu. Rodzajów tej zupy jest dość sporo, ja akurat zdecydowałam się na dodatki w postaci pieczonego boczku, jajka, pędów bambusa i cebulki dymki. Ja, osoba średnio przepadająca za rosołem znalazłam sobie nareszcie godnego zastępcę :)


4. Short rib ramen





Ramen wołowy mojego chłopaka był równie wyjątkowy. Naprawdę cieszę się, że tak dzielnie uczestniczy On ze mną w tych gastronomicznych eksperymentach, w końcu kto wie co następnym razem przyjdzie mi do głowy :))
Przechodząc jednak do dania muszę przyznać, że różnił się on od mojego nieco innymi dodatkami. Główną rolę grała tu ogromna kość wołowa, od której mięso odchodziło z niesamowitą łatwością. Było idealnie upieczone i świetnie komponowało się z rosołem. Do tego doszła pokaźna ilość kiełków, marchewki i słodkiego ziemniaka. Co tu dużo mówić, pycha!


Jeśli miałabym porównywać kuchnię japońską z chińską to zdecydowanie wybieram tą pierwszą. Wydaję się być ona o wiele delikatniejsza, nie tak tłusta, a przez to o wiele bezpieczniejsza dla żołądka. Poza tym sushi, moja kolejna miłość również wywodzi się z Japonii i mimo, że lubię czasami zjeść sajgonki, lub chow main to od dziś moje serce należy do zupy ramen :) 

Muszę przyznać, że odkrywanie nowych smaków w taki sposób, sprawia mi mnóstwo frajdy i cieszę się, że tak licznie śledzicie posty dotyczące moich gastronomicznych przygód. Postaram się, żeby było ich tu znacznie więcej. Dziękuję i do następnego :)









niedziela, 6 sierpnia 2017

Z wizytą u Jamiego Olivera

Z wizytą u Jamiego Olivera

Kilka dni temu miałam przyjemność zjeść kolację w jednej z restauracji Jamiego Olivera. Jeśli nie kojarzycie kim jest takowy Pan to służę pomocą. Otóż Jamie to brytyjski kucharz, autor bestellerowych książek kulinarnych jak i programów w tv, które przysporzyły mu ogólnoświatową sławę i uznanie.
 Osobiście uwielbiam oglądać programy jego autorstwa i niejednokrotnie przepisy Jamiego były dla mnie inspiracją do tworzenia nowych dań. ( niektóre z nich nawet widnieją na tym blogu:))
Tym bardziej byłam bardzo podekscytowana wizytą w jego restauracji i tym co uda mi się w niej zjeść. W dzisiejszym poście postaram się przedstawić Wam co konkretnie spróbowałam, jak wygląda wnętrze lokalu i jakie rzeczy mnie zaskoczyły. 
Zanim jednak pokaże dania, pragnę przypomnieć, że żadna ze mnie Magda Gessler czy inny krytyk kulinarny, nie taki jest mój cel wstawiania tego typu postów. Nie chcę nic krytykować, to tylko moje subiektywne odczucia co do miejsc jakie odwiedzam i smaków, które poznaję. Robię to wyłącznie ze względu na to, że może jednak ktoś jest ciekawy jak wygląda i jak smakuje posiłek z receptury tak znanego kucharza. Jeśli jednak wolicie żeby takich postów było mniej to proszę o opinie, chętnie dowiem się jak jest :)


STARTERY


1. Panierowane kalmary, ośmiorniczki i ryby z dipem czosnkowym



Moja słabość do owoców morza nie zna granic. Zamówiłam ten starter w pełni świadoma tego co zostanie mi przyniesione do stolika, mimo to byłam ciekawa nowych smaków. W taki o to sposób po raz pierwszy spróbowałam ośmiorniczek i muszę przyznać, że nie żałuje :) podane w panierce i polane sokiem z cytryny były bardzo delikatne i idealne na zabicie pierwszego głodu przed daniem głównym. Wrażenia zdecydowanie na plus.



2. Deska włoskich wędlin z dodatkami



Kolejna przystawka robiła wrażenie swoim rozmiarem. Potężna drewniana deska zawierająca mix  włoskich wędlin, oliwek, papryczek i serów a dodatkowo na finiszu czekała jeszcze surówka z czerwonej kapusty. Starter idealny dla wielbicieli tzw. miszmaszu w którym każdy pojedynczy składnik musi wyróżniać się wyjątkowym smakiem. W tym przypadku tak właśnie było, więc całość oceniam na plus. 


DANIA GŁÓWNE



1. Stek wołowy z masłem ziołowym w towarzystwie pieczonych ziemniaków i surówki


Stek to moja miłość. Ten był wyjątkowo świeży i pachniał grillem. W smaku idealny, niestety przyjemność z jedzenia utrudniało mi jego krojenie. Mięso miało ok. 2cm grubości, a radzić sobie z nim musiałam za pomocą noża stołowego. Nie wiem do końca co spowodowało tak "gumiastą"strukturę steka, ale przy każdym kęsie modliłam się żeby żaden nie stanął mi w gardle. Jeden kawałek mogłabym rzuć po kilka minut, a i tak nic to nie zmieniało.  Do tej pory głowie się czy to była wina krowy, czy sposobu przyrządzenia, ale z ogromnej sympatii do Jamiego wierzę, że zawiniło zwierze :))



2. Burger wołowy z frytkami



Jak widzicie dania główne są mało włoskie i łatwo można zauważyć w menu dostosowanie się do angielskich preferencji kulinarnych. Nie ma w tym absolutnie nic złego, bo żyjąc w Wielkiej Brytanii wiem doskonale, że ciężko zadowolić kubki smakowe Brytyjczyków nie próbując przemycić w potrawach choć cząstki ich ukochanych fast foodów :) Tak więc również i my postawiliśmy na angielski klimat i był to strzał w dziesiątkę. Burger przygotowany na grillu był po prostu fantastyczny, mięso przyprawione i przyrządzone fenomenalnie, trafił , oj trafił w moje kubki smakowe i w tym daniu nie zmieniłabym absolutnie nic :)


DESERY


1. Brownie czekoladowe z polewą, lodami i .. karmelowym popcornem.




Tym razem to ja wygrałam bitwę o zamówienie ciasta czekoladowego i nie żałuję tej decyzji. Od samego patrzenia na to zdjęcie dostaję ponownego ślinotoku i sama sobie zazdroszczę, że miałam przyjemność jeść takie cudo. Pyszne, zwyczajnie pyszne, a dodatki w postaci polewy, gałki lodów i popcornu sprawiły, że brownie zniknęło z talerza w okołu minutę :)



2. Ciasto cytrynowe z truskawkami i śmietanką



Gdybym miała wybierać między tymi dwoma deserami to prawdopodobnie nie umiałabym się zdecydować. Oba były przepyszne, nieprzyzwoicie słodkie i wspaniale zakończyły naszą kolację. Nigdy jeszcze nie miałam okazji spróbować tak fantastycznego cytrynowego ciasta jak właśnie te. Co istotne, w menu było zaznaczone jako "przysmak Jamiego". Czy ktoś jest jeszcze zaskoczony dlaczego? :))




No więc tak o to, zostały Wam przedstawione wszystkie potrawy i dania, jakie miałam przyjemność spróbować. Całość w mojej opinii jak najbardziej na plus, szłam na kolację zupełnie inaczej wyobrażając sobie klimat tam panujący i przeżyłam duże zaskoczenie słysząc dookoła gwar, muzykę i śmiech dzieci.
Przytulnie, rodzinnie i tak jakoś.. po ludzku :) Wrócimy na pewno!
A poniżej kilka zdjęć z zewnątrz jak i z wewnątrz lokalu.
Trzymajcie się ciepło, do następnego :)











Kokosowe ciasto ze świeżym ananasem

C iasto kokosowe, które w środku skrywa duże i soczyste kawałki świeżego ananasa. Może luty nie jest najlepszym okresem na dodawanie tak...

Copyright © 2016 Natalia Kwaśniewska , Blogger